20.08.2020 Olga Drenda o kolekcjach fotografii wernakularnej

Felix Ormerod

Olga Drenda, naczelna „ducholożka” w kraju, pisze dla Fotofestiwalu o fotografii wernakularnej, pozornie bezwartościowych kolekcjach oraz zdjęciach śniadań, kolacji i obiadków.

 

fot. Felix Ormerod

Od 2012 roku prowadzę stronę, która w pewnym stopniu, dawniej bardziej niż dziś, opiera się na fotografiach znalezionych (teraz może bardziej chciałabym, żeby te fotografie, moje czy nadesłane przez gości, zostały znalezione przez innych). Czy spełnia kryteria kolekcji? Być może, mam nadzieję, że może służyć jako repozytorium. Fotofestiwal pyta nas jednak w tym roku, co sprawia, że decydujemy się zatrzymać jakiś obraz przy sobie. W moim przypadku kryterium to, o paradoksie, zarazem zwyczajność i osobliwość. Piszę: paradoks, ale tak naprawdę te kategorie wcale się nie wykluczają, o czym przekonuję się raz za razem, a nawet okazuje się, że nie ma nic tak osobliwego jak codzienne doświadczenie.

Wiedzieli o tym surrealiści, którzy przemierzali pchle targi w poszukiwaniu przedmiotów wyjętych z kontekstu (pięknie pisał o tym Andrzej Banach, autor kilku miniprzewodników dla kolekcjonerów i pasjonat tematu), zresztą surrealizm i fotografia mają ze sobą bardzo wiele wspólnego od początku istnienia. Wiedzieli niektórzy fotoreporterzy czasów PRL i Władysław Hasior ze swoimi Notatnikami Fotograficznymi: wszyscy wyciągali absurd z banału. Wiedział Jerzy Lewczyński ze swoją czujnością nastrojoną nie tylko na zgrzyty w codzienności, ale i na przypadek, który podsuwa nam nieoczekiwanie obraz znaleziony. Wreszcie na samym Fotofestiwalu, podczas edycji poświęconej fotografii wernakularnej, znalazła się sekcja z monidłami. W swoim czasie obrazy powszechne, pospolite, uznawane za ładne przez zamawiających, z nawet krótkiego dystansu nabierały cech “doliny niesamowitości”, na wierzch wypływa ich nierealność i oddalenie od rzeczywistych ludzkich proporcji i rysów. Dzisiaj stanowią już materiał kolekcjonerski, o ile nie ściśle muzealny – dokument swojego czasu i technik retuszu.

fot. Olga Drenda

Zbieżność zwyczajności z dziwnością i to, jak ta druga kryje się w pierwszej, ujawniła się z całą mocą w internecie. Po pierwsze, drugie życie zyskały dziwne znaleziska z epoki obrazu analogowego, bardzo w duchu „Portretu XX wieku” z tegorocznego Fotofestiwalu. Zestawienia „20 starych zdjęć, które nie mają żadnego sensu”, kolekcje okolicznościowe typu „najbardziej przerażające zdjęcia z królikiem wielkanocnym” albo „dziwne kostiumy naszych wiktoriańskich przodków” przypominają zbiory Jean-Marie Donata. Ale nie trzeba perspektywy czasu, aby zanurkować w dolinę niesamowitości (a niesamowite to, jak pisał Freud, coś zwyczajnego, w czym pojawiło się jakby małe przesunięcie, niepokojąca zmiana, która znajome czyni obcym). Stąd fenomen „cursed images”, czyli zdjęć, które nieintencjonalnie przerażają (dziecko otoczone przez gigantyczne Teletubisie, zrezygnowana mina psa przebranego za Myszkę Miki, splecione palce u nóg…). Niesamowitość może być tu rezultatem wyjęcia z kontekstu, kiepskiej jakości obrazu (co nadaje mu tajemniczości), wreszcie tematyki. Ten rodzaj osobliwości pierwotnie stał za moją Duchologią – interesował mnie efekt zakloconych nagran ze starej taśmy, koślawość starego szyldu czy pirackiej zabawki, niezrozumiały kadr ze starej telewizji. Najlepiej chyba oddaje to wrażenie Kraina Grzybów TV, bo choć to nowa produkcja, efekt osobliwości był tak wiarygodny, że widzowie przysięgali, że widzieli ten program na lokalnej stacji w 1994 roku.
Są wreszcie zestawienia „wtf images”, zdjęć, których nie sposób wyjaśnić. Cała rodzina z naleśnikami na twarzy, gęś w żyrandolu, smarowanie telefonu komórkowego Nutella, moneta włożona pod powiekę, spaghetti w kserokopiarce… często zawierają element kiepskiego kostiumu, może niefortunny dokument czyichś fetyszystycznych pasji, zapomniany towarzyski dowcip albo wstydliwe wspomnienie z imprezy, które przekształca się w czysty surrealizm.

Najciekawsze jednak są te przypadki, kiedy osobliwość wyłania się spośród obrazów trywialnych. Tak dzieje się ze zdjęciami ze stocku, tak generycznymi i wszechobecnymi, że zaczynają samoistnie wykrzywiać własną rzeczywistość. Stockowe obrazy i ich wielokrotne klonowania (por. fenomen Emmy Wang Hansen, „Twarzy polskiej reklamy”) to fenomen, który mam nadzieję badać intensywniej, ale póki co skupiam się na tych, które żyją własnym życiem, jak Dziwny Pan ze Stocku, Kobieta Śmiejąca Się Do Sałatki czy Cyberkobieta z Kukurydzą. To momenty, w których obrazy mające służyć za lorem ipsum rzeczywistości, za biały szum, przekraczają jakąś barierę, powstaje wyrwa w banale, a my przyglądamy się temu zdumieni.

Podobny nieco fenomen to tzw. „Smaczna kawusia”, czyli estetyka e-pocztówek i gifow lubianych przez starsze pokolenia użytkowników sieci. Moja fascynacja nimi rozpoczęła się w chwili odkrycia przeze mnie serwisu z gryzoniem w nazwie. W czasach, gdy dopiero rozwijała się blogosfera, a zamiast społecznościówek korzystaliśmy z Gadu-Gadu, kwitła równoległa rzeczywistość, gdzie królowały wirtualne motylki, filiżanki kawusi, aniołki, kicz fantasy à la okładki płyt grupy KAT, palmy i wodospady, a wszystko musiało migotać i brzęczeć.

Tak naprawdę to sam środek powszechnego gustu sprzed kilkunastu lat, a dzisiaj – internetowy odpowiednik monideł. „Cyfrowi tubylcy” widzą w nich pocieszność (a czasem poczciwość) tych technologicznie przestarzałych animacji, ale niektórzy konsekwentnie używają ich nadal całkiem na serio, zupełnie jak w nadmiernie retuszowanych portretach sprzed lat. Niektóre z nich trafiają do kanonu memów i zyskują powszechną rozpoznawalność. Od dawna zastanawia mnie jednak, co przesądza o tym, że właśnie ten jeden kadr, a nie inny, stanie się memem. Nie dotarłam jeszcze do tego, w jaki sposób z gąszczu zdjęć kolektywna świadomość użytkowników chanów czy Reddita wybiera właśnie to jedno, decyduje, że piesek Kabosu zostanie Piesłem, a inny shiba inu, Balltze – Cheemsem, albo że najbanalniejsze ujęcie bloku przy ulicy Klaudyny w Warszawie nocą zmienia się w wyraz znajomej wielu z nas melancholii powrotu do szkoły czy pracy: „niedziela wieczur i humor popsuty…”. Intuicja podpowiada mi, żeby szukać gdzieś umownym i płynnym obszarze między zwyczajnością a osobliwością. Może Jerzy Lewczyński miałby rękę do memow?

Gdy pisałam „Duchologię Polską”, moją książkę o latach 80. i 90., chciałam korzystać możliwie dużo z fotografii wernakularnej, opisując ówczesny krajobraz. Wydawało mi się, że w czasach Zenitów i Smien ludzie chętnie fotografowali swoje osiedla czy miasta, ale okazało się, że widocznie klisza ORWO była zbyt droga, i takich scenek nie udało mi się znaleźć zbyt wiele. Zamiast tego, owszem, zyskujemy wgląd w życie wewnętrzne polskich domów i scenki z wakacji, bo fotografowano przede wszystkim rodzinne okazje. „Nudne pocztówki” nie zdały się też na wiele, bo typowe widokówki KAW-u z epoki korzystały jeszcze ze zdjęć z lat 70., z czasów „budowania Drugiej Polski”, z wielkimi inwestycjami i przygotowanymi do fotografowania zakątkami miast. Poszukiwania zaprowadziły mnie w końcu w kolekcjonerskie zakątki, bo nieoczekiwaną skarbnicą migawek z polskich miejscowości stali się miłośnicy transportu (tzw. mikole i ich tramwajowi odpowiednicy). Ich zamiłowanie do katalogowania i archiwizacji znacznie pomogło mi w pracy, za co jestem wdzięczna, a przy okazji rozwinęło i moją zajawkę. Z tamtej przygody pozostała mi jednak refleksja, by – skoro nie trzeba oszczędzać kliszy – koniecznie fotografować wszystko, co się da. Słyszę często utyskiwania nad nadpodażą obrazu, nad wrzucaniem do sieci zdjęć tego, co się jadło na śniadanie. Z punktu widzenia pasjonatki fotografii wernakularnej, okazjonalnej kolekcjonerki, a przede wszystkim badaczki życia codziennego, nie mogę się bardziej nie zgodzić. Fotografujcie wszystko, śniadania, obiady, kolacje, a nawet podwieczorki. To wszystko może trafić do jakiegoś potencjalnego „Portretu XXI wieku”.

Olga Drenda – pisarka, autorka książek „Duchologia polska”, „Czyje jest nasze życie” (wspólnie z Bartłomiejem Dobroczyńskim) oraz „Wyroby”, za którą otrzymała Nagrodę Literacką Gdynia w kategorii esej (2019) oraz była nominowana do Paszportów Polityki. Prowadziła podcast o współczesnym folklorze – “Ducholożka na tropie” na platformie Empik GO. Obecnie pracuje nad kolejną autorską książką oraz nad “esejem w dialogu” z Małgorzatą Halber. Prowadzi stronę facebook.com/duchologia

Newsletter

Zapisz się do newslettera Fotofestiwalu

Na Fotofestiwal zaprasza Miasto Łódź, Fundacja Edukacji Wizualnej i Łódzkie Centrum Wydarzeń

Organizator

Współorganizatorzy

Centra Festiwalowe

Partner Technologiczny

Główni partnerzy festiwalu

Partner Tłumaczeniowy

Partner Hotelowy

Partnerzy

Wystawy Towarzyszące

Fotofestiwal 2019 Fotofestiwal 2018 Fotofestiwal 2017